Legendy małej wioski

Legendy małej wioski

Ludzie kochają historie, opowiadania, legendy, zwłaszcza te ciekawe. Nieważne czego one dotyczą, dobrze opisane i opowiedziane budzą wiele emocji, skojarzeń, czasami również i kontrowersji. Ziemia Dydyńska, na której mieszkam jest bardzo bogata w legendy i opowieści. Szczególnie są mi bliskie dwie, związane z moją rodzinną miejscowością. Historia związana z powstaniem nazwy bliskiemu memu sercu Niebocka jest dość zaskakująca…

Z dawien dawna była tam młaka, chyba pozostała po jeziorze, jakie powstało po ostatnim zlodowaceniu, zanim Niebocki Potok nie przebił się ku Stobnicy. Na tej młace rozgościły się mchy i porosty, ale żadne drzewo nie zdołało się tam uchwycić na stałe swoimi korzeniami. Tak więc w środku puszczy karpackiej stała rozległa, błotnista polana otoczona wokół wiekowymi dębami. Gdyby jakiś wędrowiec stanął tam przypadkiem widziałby tylko wszechogarniające błoto i niebo nad sobą. Z czasem na skraju polany jacyś kmiecie zbudowali sobie dwa domy. Żyli z tego, co dawał im las, w którym rozlicznych jagód i grzybów było co niemiara. A i pszczół dzikich, ale miodnych w dziuplach starych buków gnieździło się sporo. Jesienią zbierali orzechy laskowe
 i bukowe, zimą zastawiali wnyki na dziki i sarny. Wiosną wybierali jaja z gniazd dzikich kaczek i przez cały rok polowali na nie. Żyli sobie, jak powiadano dawniej, „Jak u Pana Boga za piecem”. Omijały ich wojny i wszelkie inne tumulty, bo nikt tu nie zaglądał. Aż razu pewnego dał się słyszeć narastający tętent koni i jazgot psiej sfory. Znaczy szło polowanie. Otóż w tamtym razie polował król Władysław Jagiełło, dla którego gonitwa za zwierzem po borach była swoistą namiętnością. On jeden z polskich monarchów nie bał się nawet pójść samotrzeć na niedźwiedzia.
W królewskich lasach często odbywały się polowania, zwłaszcza przed wojennymi wyprawami, bo trzeba było sporo żywności dla rycerzy przygotować. Mięsiwo solono i do beczek pakowano. Pewnie za jakim grubym zwierzem pędzili i nagle wypadli na polanę pełną dzikich kaczek. Te poderwały się do lotu, ale że był czas gniazdowania szybko wróciły z powrotem. urządzili sobie zatem polowanie z łuków na te nieporadnie poruszające się w powietrzu ptaki. Cel nie był wcale taki trudny, więc sporo tego ptactwa upolowali. Potem puścili sforę, żeby na tej błotnistej polance zdobycz pozbierała. Może nawet nie tyle kaczki były ważne, co tkwiące w nich strzały, które można było odzyskać. Powrót na zamek sanocki wydawał się przed nastaniem nocy mało prawdopodobny, przeto postanowili rozbić się obozem przy owych dwóch chatach. Król z najbliższą świtą zamieszkał w kmiecych chatach. Ci ugościli ich po królewsku, a pieczyste z dzikich kaczek wybornie wszystkim smakowało. Rankiem król i jego myśliwi podziękowali za gościnę. Z królewskiego mieszka kilka złotych monet trafiło do tutejszych gospodarzy. Na koniec król zapytał:
– A jak zwie się to miejsce?

– My go, królu, nijak nie nazywamy, bo i po co?

– Ale w kronikach musi być zapisane, gdzie polowałem. Przeto nazwiemy to miejsce – i tu się zamyślił i rzekł po chwili rozglądnąwszy się wokół: – niebo… błoto… – nazwiemy Niebockiem
I tak kazał swojemu pisarczykowi zanotować na pergaminie.

Klechdy domowe i podania miejscowe, osnute na wydarzeniach historycznych z początków istnienia wioski, nie były zazwyczaj nigdzie spisywane na terenie obecnej Gminy Dydnia. Dlatego tak powstanie Niebocka opisują nasi dziadkowie, którzy takie historie przekazują z ust do ust, z pokolenia na pokolenie, aby nie były zapomniane. Czy naprawdę taki był początek Niebocka? Trudno stwierdzić… Dzisiaj mało tu błota, jest za to bardzo ładnie, kolorowo, nowocześnie, a przy tym malowniczo. A niebo nad Niebockiem jest wyjątkowo piękne także i w XXI wieku.

Dokopując się ciekawszych legend tej cudnej wioski, nie mogłabym pominąć opowieści, która bardzo mnie zaskoczyła i poniekąd zaskakuje za każdym razem jak tylko o niej słyszę… Mianowicie jest takie miejsce w Niebocku, które ludzie zwą Kawulą. Są tam dwa pagórki, jeden niższy, drugi wyższy. Niby nic szczególnego na pierwszy rzut oka, a jednak… Kiedy w Wielkanoc w tamtym miejscu przyłożyłby kto ucho do ziemi, usłyszy bicie dzwonu. A potem cichnie zupełnie, by znów po chwili odezwać się gdzieś tam z głębi. A zaczęło się to wszystko bardzo dawno temu. Kiedy Niebocko stawało się coraz bardziej ludną wsią, mieszkańcy zapragnęli zbudować własny kościół, żeby w nim oddawać Bogu cześć. Dotychczas chodzili do kościołów w okolicznych wsiach, gdzie kto chciał albo miał jakąś rodzinę, ale najczęściej do Grabownicy, bo tam była ich parafia. Ale wreszcie sprzykrzyły im się te wędrówki w czas słoty i spiekoty. A i honorem się unieśli, kiedy im mówiono:

– To co, nie stać was na własny kościół we wsi?

Uradzili, żeby kościół postawić na Kawuli, co by z daleka był widoczny, żeby ci z okolic wiedzieli, że ich stać. Zwieźli drewno z lasu. Co trzeba było ociosali, z innych kloców dranice porobili. Majstrów ciesiołki z Brzozowa sprowadzili i kazali im kościół postawić. W kilka miesięcy się uwinęli z robotą. Stanął kościół z wieżą dzwonniczą i sygnaturką nad połączeniem prezbiterium
z nawą. Z południowej strony miał trzy okna, a w nich witraże oprawne w ołów. W środku też go oporządzili jak się patrzy. Na belce tęczowej scena pasyjna, na ołtarzu obraz Matki Bożej
z Dzieciątkiem Jezus. I wtedy jakby pobożność miejscowych zmalała, a z czasem nawet zupełnie wygasła. Karczma stała im się milsza niż kościół. Pozostała garstka wiernych, ale ich głos był zbyt słaby. Głośniej wybrzmiewały różne sprośne nawet niekiedy przyśpiewki z karczmy niż modlitwy z kościoła. Nagle jakby piorun strzelił ze słonecznego nieba i kościół zapadł się pod ziemię. To znaczy w miejscu, gdzie stał, powstało zapadlisko i tylko te dwa kopczyki zdawały się świadczyć
o jego wieżach. Ludzie już wkrótce zrozumieli, że to ich niegodziwe postępowanie stało się przyczyną obrazy Boskiej, a zniknięcie kościoła odczytali jako widomy znak Jego niezadowolenia.
I znów wstąpiła w nich wiara prawdziwie katolicka, ale niejako za pokutę przez setki kolejnych lat nie mieli kościoła i chodzili na msze do Grabownicy. Powiadają i może nawet nie bez racji, że ten kościół na Kawuli wyłoni się z otchłani, kiedy nadejdzie koniec naszego ziemskiego świata. A teraz póki co możemy tylko w czas Wielkanocy posłuchać jego dzwonu. Mogą wszakże usłyszeć go tylko ci, którzy są bez grzechu.

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

LIVE OFFLINE
track image
Loading...