Menu
A+ A A-

Mamma Mia!

Gdybyś rok temu zapytał mnie, czego na pewno NIE zrobię w życiu, odparłabym że nigdy nie pojadę na Erazmusa. Obecnie w ramach programu studiuję we Włoszech i w perspektywie mam spędzenie tu pięciu cudownych miesięcy, które niestety mijają szybciej niż mogłabym sie spodziewać. Czy jest łatwo? Nie powiedziałabym. Ale zdecydowanie warto! 
Klara Łukasiewicz.

image 1

Pocztówka z wakacji

  • Klara Łukasiewicz

 Chociaż była to najdłuższa podróż w moim życiu - 20 godzin w wypchanym po brzegi autokarze, z przesiadką w Gliwicach i około piętnastoma przerwami (z czego 90% w godzinach od 22:00 do 5:00) -  to przebiegła  ona całkiem spokojnie. Zaplanowałam sobie na ten czas mnóstwo atrakcyjnych zajęć, takich jak rozwiązywanie krzyżówek, porządkowanie plików w smartphonie czy liczenie czerwonych aut mijanych po drodze. Okazało się to jednak zbędnym wysiłkiem, gdyż przemiła obsługa zadbała o to, by podróżujący, którzy akurat nie śpią (a w pozycji siedzącej było zadanie raczej niełatwe), spędzali czas na oglądaniu mało ambitnych filmów. Internet był, aczkolwiek nie działał, co jakoś szczególnie mnie nie dziwiło (w końcu jestem rodowitą Polką, niewiele mnie może zaskoczyć). Niestety kiedy mijaliśmy granicę zaczynało się już ściemniać więc nie zobaczyłam za wiele z mijanych po drodze krajów, a jechaliśmy przez Czechy i Austrię. Jednak wszystkie te trudy zostały wynagrodzone, gdy w środku nocy (ostatni przystanek, godzina 5:04) na jakiejś stacji przeczytałam, iż, ku radości mojego pęcherza, il bagno jest chiuso, a podstarzały Włoch skwitował mnie bełkotliwym: ,,Mamma mia!” (Nie wiem czy wyglądałam tak źle czy tak dobrze, ale o tej porze było mi właściwie wszystko jedno, zresztą jemu pewnie też). Już wiedziałam że jestem w (nowym) domu.

  

image

Wszyscy zginiemy!

  • Klara Łukasiewicz

Powiedzcie mi, jak to możliwe, że (w ciągu zaledwie miesięcznego pobytu we Włoszech)  przeżyłam trzy trzęsienia ziemi?

Jedyne co jestem w stanie na ten temat powiedzieć to tylko tyle, że gdyby nie alarm w całym mieście i ociekające paniką wiadomości od znajomych na facebooku oraz whatsappie, nie wiedziałabym nawet, że cokolwiek się stało.

W niedzielny poranek (a więc zaraz po sobotniej imprezie) 99,9% erazmusów zostało drastycznie wyrwanych ze słodkich objęć Morfeusza przez silne wstrząsy (6,3 w skali Richtera). Pozostali (dla słabych z matmy przypominam, iż 100%-99,9%=0,1%,wiem z autopsji, że na studiach szybko zapomina się o tak skomplikowanych obliczeniach), czyli ja, byli już dawno na nogach. Pytam więc raz jeszcze: Jak to możliwe, iż osoba która jest: a) rozbudzona, b) (w miarę) trzeźwa i c) o (przypuszczalnie) zdrowych zmysłach może PRZEGAPIĆ TRZĘSIENIE ZIEMII? Dla porównania, ze sprawozdań moich znajomych wynika, iż ich łóżka przesuwały się uderzając o ściany, a książki spadały z półek. Nie, nie mieszkają oni wcale daleko ode mnie, bo doświadczenia mojej współlokatorki były identyczne, czyli za sąsiednią ścianą wstrząsy były na pewno. Tak więc, podczas gdy inni żegnali się z życiem i zmawiali ostatnie dziesiątki różańca, ja w swej błyskotliwej refleksji zastanawiałam się, czy ,,zawroty głowy” to skutek niewyspania, wina, czy obu tych czynników jednocześnie. Zapewne, gdy przyjdzie prawdziwy koniec świata, westchnę zrezygnowana i po raz kolejny obiecam w duchu, że od jutra nie piję.

 

image 2

Życie od kuchni

  • Klara Łukasiewicz

Włoska kuchnia to temat, który interesuje niemal wszystkich. Nasze rodzime powiedzenie: ,,Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolacje oddaj wrogowi” nie znajdzie tutaj zastosowania. Wydaje mi się, że Włosi kpią sobie z zaleceń dietetyków i całkiem nieźle na tym wychodzą (jeśli spotkasz tu ,,tęższą” osobę, to prawdopodobnie jest to turysta). Typowe włoskie śniadanie (colazione) składa się z kawy (espresso lub cappuccino) i albo na tym się kończy, albo zagryza się ją malutkim rogalikiem z marmoladą, serem czy czekoladą, tzw. cornetto. W czasie sjesty, czy jak kto woli lunchu (pranzo), jada się panini , pizzę czy inne przekąski, które można dostać na każdym rogu (wiem co mówię, moje mieszkanie znajduje się nad kebabem). W międzyczasie pochłania się tutaj w ilościach przemysłowych rewelacyjne gelato czyli lody i kolejne espresso. Natomiast prawdziwą ucztę, która rekompensuje niewielkie śniadanie, Włosi fundują sobie wieczorem (to wyjaśnia poranny brak apetytu, kolacja trawi się do południa dnia następnego). Jest to czas, kiedy całe rodziny zasiadają do wspólnego posiłku (cena) składającego się z antipasti (przystawek), pasty (makaron), mięsa, następnie deseru, kawy oraz czegoś mocniejszego na dobre trawienie i jeszcze lepszy sen (nic dziwnego, w końcu jedzą tak, jakby mieli się więcej nie obudzić). Co ciekawe do kolacji zasiada się tu dość późno, między 19 a 21, a że je się tu powoli, celebrując posiłek i gorliwie przy nim dyskutując, wszystko przeciąga się nierzadko do północy. Nie wiem, jak oni to robią, że są w stanie od rana być na nogach, bo ja po jednej takiej ,,kolacji” odsypiam co najmniej do południa.

image 3

Rzymskie wakacje

  • Klara Łukasiewicz

Chociaż Rzym jest piękny, to jak większość turystycznych miast, jest również wyczerpujący. Trzy dni w Wiecznym Mieście i czułam się jak po wykarczowaniu syberyjskiego lasu nożem obiadowym. Godziny bezustannego zwiedzania, kilometrowe kolejki i rzesze turystów (aż strach pomyśleć co się tam dzieje w sezonie). Nie wspomnę już o setkach imigrantów, świecie przekonanych, że po kilkugodzinnej tułaczce z dziesięciokilogramowym plecakiem, nie marzysz o niczym innym, jak o zakupie kolejnego selfie-sticka bądź różańca (swoją drogą ciekawe połączenie). Nie ma się więc co dziwić, że pod koniec dnia, z granic obłędu do porządku przywoływało mnie dopiero oddalone o godzinę drogi Bracciano. To urocze miasteczko, z jeziorem większym niż ono samo, urzekło mnie swoją prostotą  i spokojem, o których w Rzymie mogłam jedynie pomarzyć. Jak głoszą tamtejsze legendy, zamek na wzgórzu wciąż zamieszkuje (wiekowa i niezbyt urodziwa) księżniczka. I chociaż brał tam ślub sam Tom Cruise, to ona się już raczej księcia nie doczeka. Tak więc Rzym Rzymem, ale choć wrzuciłam centa do Fontanny di Trevi, to w głębi serca mam nadzieję, że pewnego dnia wrócę by znów zobaczyć nie Rzym, lecz Bracciano.

image 4

image 5

Co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro

  • Klara Łukasiewicz

Czas we Włoszech to pojęcie względne. Może właśnie dlatego zegar na wieży w centrum miasta spieszy o 20 minut - bo to, że się spóźnisz jest oczywiste. Czasami odnoszę wrażenie, iż godziny otwarcia na sklepowych witrynach, to tylko luźne ramy czasowe, w których sprzedawcy lawirują według własnej potrzeby. Bo przecież nikt ,,normalny” nie odejdzie wcześniej od porannej kawy tylko po to, by zdążyć do pracy, o terminowym powrocie pracowników z lunchu nie wspominając! Oczywiście nie przeszkadza to również nikomu skończyć kilka minut przed czasem (w końcu nie wypada spóźnić się na kolację). Ten luz jest jednak wszechobecny i udziela się niemal wszystkim. Nie wiem w czym tkwi sekret, ale mam nadzieję, że uda mi się go odkryć przed powrotem do Polski. Włochy to chyba jedyne miejsce, gdzie ,,na wczoraj” oznacza, że masz jeszcze czas.

image 6

Zawsze może być LEPIEJ

  • Klara Łukasiewicz

Pomimo chorobliwie pozytywnego nastawienia otaczających mnie zewsząd rodowitych Włochów, nawet tutaj dopada mnie czasem gorszy dzień. Gorszy, czyli taki, gdy mimo wyłącznego (oczywiście) ogrzewania, w mieszkaniu jest całkiem ciepło (obeszło się bez drugiej bluzy), a śniadanie świetnie smakuje. Gorszy, to znaczy taki, gdy wychodzę z domu z pozytywnym nastawieniem, szczerze zaskoczona, iż mimo, że jest połowa grudnia, nieśmiałe słońce wychyla się zza puszystych chmur już o 8 rano. Z uśmiechem na ustach dziękuję więc Bogu, że zlitował się dziś nad moimi odmrożeniami i ruszam podbić świat (tzn. na spacer). Gorszy dzień to taki kiedy wracam po godzinie spędzonej w ulubionym parku, bo w poniedziałkowy poranek nie mam już zajęć. Gorszy, czyli taki, kiedy biorę się za pisanie pracy zaliczeniowej bo mam całe przedpołudnie do wykorzystania i nigdzie mi się nie spieszy. Gorszy to taki, gdy podczas nauki, gdzieś między tabelką z Funduszami Europejskimi, a wykresem dotyczącym PKB w Czechach, zaczynam odczuwać coś na kształt swędzącej myśli w samym środku mojej głowy i już wiem, że coś jest nie tak. Nie wiem jeszcze tylko co, ale na pewno nie jest to fakt, że nie mogę odnaleźć strony z której brałam materiały (do tego jestem już przyzwyczajona). Po spojrzeniu na zegar w rogu ekranu utwierdzam się w przekonaniu, że mam jeszcze pół godziny zanim będę musiała się zbierać na zajęcia. Z narastającą paniką zastanawiam się, o co może więc chodzić. I wtedy już wiem. Na myśl nasuwają mi się wszystkie nieocenzurowane słowa, zarówno w języku polskim, angielskim jak i włoskim, a na końcu każdego z wyszukanych epitetów jest tylko jedno słowo: pranie. Pranie, które w przypływie dobrego humoru nastawiłam przed wyjściem rano z domu, a które już dawno powinno być powieszone. Nic, myślę sobie, mam jeszcze czas. Wpadam do łazienki i nie zważając na złowieszczo migające na pralce lampki, szarpnięciem próbuję otworzyć drzwiczki. I nic. Biorę głęboki oddech, liczę do dwóch (przyznaję, że nie jestem zbyt cierpliwa) i próbuję ponownie. Znowu nic. Wówczas migające lampki nie wydają mi się już tak nieznaczące. Ze świadomością, że mój czas oraz resztki cierpliwości dość szybko się kończą, przetrząsam wszystkie szuflady w poszukiwaniu instrukcji obsługi (oczywiście była w ostatniej, którą sprawdziłam). Nie zrażam się tym, że jest po włosku (byłam naprawdę zdesperowana, po przewertowaniu połowy zorientowałam się, że na końcu jest angielska wersja) i poszukuję znaczenia tajemniczych lampek, jak gdyby chodziło co najmniej o odkrycie sensu istnienia. Niestety: ,,Udaj się do najbliższego serwisu" nie brzmiało zbyt pocieszająco. Zrozpaczona postanowiłam za wszelką cenę uwolnić moje ubrania z diabelskiej maszyny i po raz kolejny szarpnęłam za drzwiczki, które otworzyły się z cichym plaśnięciem. Sukces był połowiczny - pralka nie odwirowała całej wody więc moje biedne skarpetki pływały w małym, pralkowym bajorku. Zaczęłam wyciskać je kolejno pod prysznicem, z narastającą złością  myśląc o tym, że prawdopodobnie odpuszczę sobie dzisiejsze zajęcia. Gdy w końcu skończyłam i powiesiłam ubrania na (zepsutej) suszarce, pod spodem utworzyła się kałuża wody (po raz pierwszy szczerze cieszyłam się, że w całym mieszkaniu mam kafelki). Przejechałam po niej mopem ze świadomością, że na niewiele się to zda i spóźniona ruszyłam na uczelnię. Wpadłam do klasy 25 minut po rozpoczęciu zajęć, by zobaczyć, że na pewno nie jest to socjologia zdrowia. Już wściekła, otworzyłam tablet by sprawdzić, gdzie, o ile w ogóle, są moje zajęcia. Były. W innym budynku. Po 5 minutach biegu dotarłam na właściwe miejsce tylko po to, by przekonać się, że wykładowca nie przyszedł. Usiadłam na ławce, wzięłam do ręki długopis i kartkę i zaczęłam pisać: ,, Gorszy dzień to taki...".

image 7

Ciepło, ciepło, coraz cieplej…

  • Klara Łukasiewicz

,,U ciebie to tam musi być gorąco, a u nas zima”, ,,Zazdroszczę Ci słońca”, ,,Ciepło tam pewnie masz”... Ogłaszam wszem i wobec: Forli to nie Sahara! Może i jest tu 30°, ale w SIERPNIU nie w GRUDNIU! Wiem, że niektórym trudno będzie w to uwierzyć, ale naprawdę nie spędzam każdego dnia na plaży w Rimini, popijając koktajle z różową słomką i – obowiązkowo – parasolką, niecierpliwie wyczekując, kiedy nadejdzie czas, by przewrócić się na drugi bok. Nad morzem byłam raz, pod koniec września i – z ręką na sercu – od tamtej pory moje bikini i szorty leżą nietknięte na dnie szafy. By być bardziej precyzyjną, niezbędne okazało się przesłanie mi zimowej kurtki, kupienie piżamy zakrywającej więcej niż tylko tzw. ,,strategiczne miejsca” oraz – niejednokrotnie – zakładanie więcej niż jednej pary skarpet. No cóż, nie ukrywajmy, Północne Włochy to już nie Toskania, nad czym niezmiernie ubolewam, zwłaszcza oczekując na rachunek za ogrzewanie. Bo gdy masz całe mieszkanie wyłożone kafelkami, to oznacza wybór między śmiercią głodową a odmrożeniem kończyn dolnych. Nie żartuję. Moja współlokatorka chodzi po domu w zimowych butach i szaliku (z tego powodu nigdy nie jestem pewna czy właśnie przyszła, wychodzi, czy tylko próbuje przetrwać). Tak czy inaczej, mimo że nie ma (jeszcze) śniegu, to bez ciepłej czapki i parasola się we Włoszech nie obejdziesz. image 8

Dosyć ma dzień swojej biedy

  • Klara Łukasiewicz

3 dzień stycznia Roku Pańskiego 2017, Forli, stolica prowincji Forli-Cesena, Włochy.

Erazmus+ program, dzień 108.

Po zapłaceniu czynszu za styczeń oficjalnie skończyły się pieniądze ze stypendium (a przynajmniej do czasu ostatecznego rozliczenia po powrocie). Zostało mi dokładnie 48 dni do ukończenia programu (wliczając w to sesję poprawkową, którą przezornie umieściłam w swoim planie). Zaczyna się więc walka o przetrwanie. Biorąc pod uwagę dzienne zapotrzebowanie kaloryczne dla osoby dorosłej, zgromadzone przeze mnie zapasy żywności powinny wystarczyć na 4 do 5 tygodni, pod warunkiem, że 90% mojej diety stanowić będzie makaron, a pozostałe 10% - florenckie wino. Nie jest źle. A co do pozostałych dwóch tygodni... no cóż, podobno Mahatma Gandhi przeżył bez jedzenia 3 tygodnie. Zakładając, że to prawda, ostatkiem sił dam radę dowlec się z powrotem do Polski. Grunt to pozytywne nastawienie i dobry plan (choć patrząc na stan bankowego konta, w tym drugim nie jestem raczej zbyt dobra). Pozostaje więc tylko kwestia zapłacenia rachunków za luty, ale jak pisze św. Mateusz: Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. I choć rozum podpowiada mi, iż jestem w czarnej... dziurze, to ukształtowana przez ostatnie kilka miesięcy włoska osobowość mówi, że pora na cappuccino. Bo martwić się mogę jutro, a cappuccino pija się tylko do południa. Zasady to zasady. Kawa zawsze wygrywa z rozumem. Viva l’Italia!

 

image 9

Pierwszy śnieg

  • Klara Łukasiewicz

Chociaż, jak niedawno wspomniałam, słoneczna Italia (niemile) zaskoczyła mnie swoimi mrozami, to muszę przyznać, że widok białych, zdeformowanych gradowo-śniegowych kulek, wprawił mnie niemal w osłupienie. Koniec końców jednak, mimo przeraźliwego widoku musiałam się ruszyć, bo stojąc jak idiotka na środku ciasnej, włoskiej uliczki – gdzie ,,chodnik" to biała linia w odległości pół metra od ściany, gęsto zastawiona drogimi samochodami – narażałam się na stratowanie przez a) zmierzających na poranną kawę przechodniów, b) prowadzone przez nadpobudliwych Włochów auta bądź rowery, lub też c) autobusy, których obecność na szerokiej na cztery metry ulicy zadziwia mnie odkąd przyjechałam. Na szczęście ,,prawdziwa zima" trwała jakieś trzy godziny i mimo że dzień był mroźny i pochmurny, po śniegu zostały tylko pojedyncze brudnoszare placki na chodniku. Co prawda miałam nadzieję, że z powodu znacznego spadku temperatury (musiało być pewnie z -3°!!!) odwołają sesję i ogłoszą stan wyjątkowy, zmuszając ludzi do odkurzenia schronów i zakupu zapasów tuńczyka i fasoli w puszkach. Nic takiego się jednak nie stało. Następnego dnia zza chmur znów wyszło słońce i wszystko wróciło do normy. W razie czego jednak, własne zapasy fasolki uzupełniłam. Bo gdy inni jedynie dmuchają na zimne, ja włączam wentylator.

image 10

Poszukiwany, poszukiwana…

  • Klara Łukasiewicz

Czy zdanie: ,,Śmierć głodowa we Włoszech” brzmi dla Was paradoksalnie? Dla mnie było tak aż do czasu, gdy próbowałyśmy zjeść na mieście obiad w godzinach popołudniowej sjesty. Wydawało mi się czymś oczywistym, że kiedy jesteś głodny, to zawsze znajdziesz otwartą restaurację czy knajpę, zwłaszcza, gdy znajdujesz się w jednym z najbardziej obleganych przez turystów miast – Florencji. Widocznie jednak to, co dla takiego środkowoeuropejskiego mieszczucha jak ja jest normalne, niekoniecznie będzie takie dla mieszkańca stolicy Toskanii. I tak, jak żaden z nich nie ma zamiaru rezygnować z zamykania swojego lokalu punkt 14:00, tak ja nie miałam zamiaru ustępować i zasiadać do obiadu godzinę czy półtorej wcześniej. Nawet jeśli tak drastyczna decyzja wiązała się z tym, że na pastę mogę liczyć dopiero wieczorem. Zasady to zasady.

Postawiłam więc sobie za punkt honoru, że coś znajdę. Każdy lokal, który jakimś cudem był otwarty, właśnie skończył serwować lunch i mogłyśmy liczyć tylko na deser i kawę. Czułam się jak w McDonaldzie, gdy masz ochotę na soczystego McRoyala, a okazuje się, że załapałeś się jeszcze na ofertę śniadaniową i do wyboru masz tylko rozmokłe tosty z jajkiem lub szynką. W końcu, trafiłyśmy do pizzerii, w której zgromadzili się chyba wszyscy turyści, którzy tak jak my przegapili porę obiadu, zbyt długo wpatrując się w widok z placu Michała Anioła. Zmęczone, głodne i złe, przysiadłyśmy się do w połowie zapełnionego stolika. Czekając na własne margharity umilałyśmy sobie czas butelką regionalnego wina i gdy w końcu pierwsza pizza pojawiła się na naszym stole, byłyśmy już w zdecydowanie lepszych nastrojach. Jak powiedział Cezar: veni, vidi, vici. Makaron zjadłyśmy na kolację.

 

image 11

Centrum wszechświata

  • Klara Łukasiewicz

Na rogu Corso Diaz i via Bella znajduje się mały sklepik. Przy oknie siedzi mniej więcej siedemdziesięcioletni mężczyzna. Oczy ma przymknięte, jak gdyby spał. Choć głowę opera o szybę, widok toczącego się tuż obok życia w ogóle go nie interesuje. Jest zamknięty w swoim własnym świecie, niedostępnym dla nas, postronnych obserwatorów. Być może wspomina upalne, włoskie popołudnie, które dawno temu spędził z ukochaną kobietą. Obok niego, na sklepowej ladzie, stoi stara kasa fiskalna, a dalej, w trzydziestocentymetrowych odstępach, równo poukładane salami, mortadela i prosciutto. Jest tam również waga szalkowa i odważniki, które z pewnością pamiętają lepsze czasy. Gdy otwierasz drzwi, cichy dzwonek oznajmia przybycie klienta. Wewnątrz słychać muzykę, jakieś stare włoskie melodie. Starszy pan powoli otwiera oczy i uśmiecha się, gdy nieśmiało mamroczesz ,,buongiorno" i prosisz o kilka plasterków najlepszej szynki, jaką można dostać w mieście. Po twoim wyjściu, wraca na swoje miejsce przy witrynie i ponownie zamyka oczy, jak gdyby wcale się stamtąd nie ruszał. Choć nigdy go na tym nie przyłapałam, to jestem pewna, że gdy tylko kościelny dzwon wybija dwunastą, mężczyzna leniwie unosi powieki, wstaje i zamyka swój sklep, by w pobliskiej kawiarni wypić espresso i poczytać kupioną w kiosku gazetę. A po skończonej pracy, wraca spokojnie do domu i szczęśliwy kładzie się spać, dziękując w duchu za kolejny dobry dzień.

image 12

Moc doświadczeń

  • Klara Łukasiewicz

Gdybym mogła cofnąć czas i wrócić do momentu, w którym pomysł o wyjeździe na Erazmusa zrodził się w mojej głowie… Choć od tamtej pory minął już rok, a ilość popełnionych przy tej okazji błędów przekroczyła chyba liczbę dni spędzonych we Włoszech, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że każda z tych (licznych) porażek czegoś mnie nauczyła. Poczynając od wyboru kraju, na życie w którym nie było mnie stać, poprzez wybór mieszkania, na które NA PEWNO nie było mnie stać (czy tylko ja uważam, że angielskie słówka included i EXcluded są do siebie zbyt podobne? Szczególnie, gdy odnoszą się do informacji o rachunkach…). Następnie umieszczenie w programie nauczania przedmiotów, których zaliczenie bez udziału Boskiej ingerencji nie jest możliwe, nieprzewidziane wydatki (głównie cappuccino, wino, ser, owoce i jeszcze raz SER – musicie spróbować gorgonzoli z mascarpone!), a na wyborze na wyjazd ostatniego roku studiów kończąc (błagam, nie pytajcie o mój licencjat). Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, mogłabym trochę pozmieniać, ale czy warto? Marzyłam o zobaczeniu Włoch i udało mi się zwiedzić więcej niż przypuszczałam. Drogie mieszkanie? Musielibyście zobaczyć moich sąsiadów – rasowi Włosi – żałuję, że pralka zepsuła się tylko raz. Mój Learning Agreement? Porażka, przyznaję, ale przywrócił mi wiarę w Boże Miłosierdzie – zdałam. Być może, z kilku zakupów mogłabym zrezygnować, ale koniec końców nie odłożyłabym na półkę ani jednego kawałka parmezanu czy grogonzoli. Nie zrezygnowałabym z nawet najdroższej butelki wina, czy z najmniej udanej wycieczki. Jeszcze raz poszła bym do każdej z odwiedzonych kawiarni, spędzając czas na rozmowach z przyjaciółmi nad filiżanką gorącego cappuccino. Praca licencjacka? Zabiorę się za nią po powrocie do Polski. Dam radę, a tymczasem będę rozkoszować się ostatnim tygodniem w nie tak słonecznej, ale pachnącej już wiosną Italii.

image 13

Było sobie życie

  • Klara Łukasiewicz

Mam na sobie elegancki, dopasowany kostium. Biała bluzka, granatowa sięgająca kolan spódnica i marynarka od kompletu. Czarne szpilki. Na ustach czerwona szminka, podkreślająca olśniewający, śnieżnobiały uśmiech, roztaczający aurę profesjonalizmu i opanowania. Ja, ostoja dusz zagubionych w niebieskich przestworzach, ratunek dla przerażonych wizją lotu pasażerów. Mój perlisty śmiech odbija się od ścian kabiny samolotu, gdy odbijamy się od ziemi. On, seksowny niczym wyższa wersja Toma Cruise’a w Top Gunie. Podczas gdy Pan Seksowny Pilot uruchamia autopilota, ja, z niczym niezmąconą pewnością siebie, pchnięciem stopy zamykam drzwi kokpitu, jednocześnie rozwiązując jaskrawoczerwoną atłasową apaszkę, która mam zawiązana pod szyją i...

Nic tak nie sprowadza człowieka na ziemię jak konfrontacja marzeń z rzeczywistością. Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. I teraz już wiem dlaczego. Jakieś 50 kilogramów upchanego do granic możliwości bagażu, który trzeba było taszczyć z Forli do Bolonii, tam z centrum miasta na lotnisko, przez odprawę, gdzie wyrzucili moje bazyliowe, warte 2,29€ pesto (Zabrać kobiecie jedzenie!? Facet z kontroli jeszcze nie wie, na co się naraża. Wiem gdzie mieszka, już długo nie pożyje), samolotem do Krakowa, znów z lotniska do centrum, stamtąd Polskim Busem do Rzeszowa (śmierdziało w nim potem i skarpetkami, lub, jak kto woli, spoconymi skarpetkami) i w końcu do domu. W skrócie, 11 godzin w podróży po których byłam tak pełna życia jak dwudniowe zwłoki. Natomiast sam premierowy lot podsumować można jako pierwsze trzy miesiące ciąży skumulowane w niespełna dwóch godzinach spędzonych w powietrzu. Nie wiem, kto wymyślił termin ,,choroba morska”, ale najwidoczniej nigdy nie leciał samolotem, bo mdłości wywołane bujaniem fal to nic w porównaniu z odbijaniem się od ziemi. Tak więc snucie planów o karierze stewardessy zakończyło się wraz z momentem, w którym samolot oderwał się od pasa startowego. Po trzech minutach lotu, trzęsącymi się rękoma wyciągałam z torby aviomarin, a resztę podróży spędziłam siedząc z głową między kolanami. Mdliło mnie przez resztę dnia. Mój powrót przypadł akurat na tłusty czwartek i wszędzie aż roiło się od ludzi opychających się paczkami z biedronki, a jedyne co ja byłam wstanie w siebie wcisnąć, to krakowski obwarzanek i fasolowa zupa mojej babci. Nie żebym narzekała. Prosciutto? Ravioli? Wszystko super, ale powiedzmy sobie szczerze, koniec końców i tak wszyscy czekamy na rosół i pierogi.

image 14

Szok kulturowy

  • Klara Łukasiewicz

Sprawdziłam w Wikipedii, według tego wszechwiedzącego źródła (depczącego po piętach Google’om), pod pojęciem szoku kulturowego rozumie się ,,sytuację, w której osoba wywodząca się z pewnego kręgu kulturowego konfrontuje się z przedstawicielem innej kultury”. Jeśli ktoś zna mnie wystarczająco dobrze, lub (w przeciwieństwie do mnie) zna znaczenie pojęć, których używam, łatwo może się zorientować, że często korzystam z wyrazów, których rzeczywistego sensu nie jestem pewna, bądź też nie mam zielonego pojęcia co tak naprawdę oznaczają, ale – w mojej opinii – dobrze brzmią. Nie żebym się tym szczególnie przejmowała, według mnie język powinien być bardziej elastyczny. Dlatego też, od dziś nieoficjalnie zmieniam ogólnie przyjętą definicję ,,szoku kulturowego”, gdyż ów szok przeżyłam nie zderzając się z osobą z innej kultury, ale wręcz przeciwnie, powracając po niemal półrocznej nieobecności do kraju, w którym urodziłam się, wychowałam i żyłam przez ponad dwadzieścia lat. Do kraju mlekiem i miodem płynącego, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie na rachunki nie starczy i wypłata cała, gdzie smog nad Wawelem wciąż nowy powstaje i mieszkańców otacza niczym gronostaje…
Lądując nad Krakowem zerkam za okno – szaro. I na pewno nie był to skutek lutowej pogody. Myślę sobie, Klara, nie bądź zbyt krytyczna, pomyśl o Bieszczadach, o morzu (z glonami, ale jednak), o górach… dobra. Wysiadam, by przesiąść się do podniszczonego, rozklekotanego, jadącego do centrum pociągu, gdzie jakość powietrza można porównać do spalin z rury wydechowej piętnastoletniego trabanta. Wszędzie walają się śmieci i psie (mam nadzieję) kupy, wyłaniające się spod szarawej brei roztapiającego się śniegu. Współczesne przebiśniegi. Wszystko we mnie krzyczy: ,,Wracaj do Italii!”, ale zaciskam zęby i brnę dalej. Wytrzymam, myślę, przecież nie może być aż tak źle. Ale gdy wchodzę do starej, dobrej biedronki, przelewa się czara goryczy. Jak to, do cholery (wybaczcie mój język, ale są sprawy, które należy podkreślić odpowiednimi epitetami) możliwe, że w ciągu tych pięciu miesięcy CENY WZROSŁY NIEMAL DWUKROTNIE??? Cukinia 9,99zł za kilo i to jest PROMOCJA??? I to podobno ja mam problem z definicjami! A jajka? Masło?? Czy nędzne ochłapy pozostałe na moim koncie bankowym mam przeznaczyć na zakup trumny i miejsca na cmentarzu? O Boże, myślę, ludzkość czeka zagłada! Niechybna śmierć! A odpowiedzialnych za to – wieczne potępienie. I przyznaję, w swej głupocie myślałam, że winna jest tu lokalizacja, w końcu było to w centrum Krakowa, ale nie. Ta plaga rozprzestrzeniła się wzdłuż i wszerz całego kraju, a jej oślizgłe, lepkie macki nie oszczędziły także mojego biednego Rzeszowa. Gdzie te czasy, gdy za jajko niespodziankę płaciło się 2,20, a obwarzanki były po 80 groszy? Bilety po 1,20? Lay’s po złotówce? Świat schodzi na psy, a my, niczym owce prowadzone na rzeź, w niemym buncie kroczymy wraz z nim. I w tych mrocznych czasach pociesza mnie tylko myśl, że tutaj TESCO otwarte jest 24h na dobę, w domu temperaturę na plusie, a ceny, choć dramatycznie wysokie, jeszcze nie są w euro. Witaj w domu!