Menu
A+ A A-

Włoska kuchnia to temat, który interesuje niemal wszystkich. Nasze rodzime powiedzenie: ,,Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolacje oddaj wrogowi” nie znajdzie tutaj zastosowania. Wydaje mi się, że Włosi kpią sobie z zaleceń dietetyków i całkiem nieźle na tym wychodzą (jeśli spotkasz tu ,,tęższą” osobę, to prawdopodobnie jest to turysta). Typowe włoskie śniadanie (colazione) składa się z kawy (espresso lub cappuccino) i albo na tym się kończy, albo zagryza się ją malutkim rogalikiem z marmoladą, serem czy czekoladą, tzw. cornetto. W czasie sjesty, czy jak kto woli lunchu (pranzo), jada się panini , pizzę czy inne przekąski, które można dostać na każdym rogu (wiem co mówię, moje mieszkanie znajduje się nad kebabem). W międzyczasie pochłania się tutaj w ilościach przemysłowych rewelacyjne gelato czyli lody i kolejne espresso. Natomiast prawdziwą ucztę, która rekompensuje niewielkie śniadanie, Włosi fundują sobie wieczorem (to wyjaśnia poranny brak apetytu, kolacja trawi się do południa dnia następnego). Jest to czas, kiedy całe rodziny zasiadają do wspólnego posiłku (cena) składającego się z antipasti (przystawek), pasty (makaron), mięsa, następnie deseru, kawy oraz czegoś mocniejszego na dobre trawienie i jeszcze lepszy sen (nic dziwnego, w końcu jedzą tak, jakby mieli się więcej nie obudzić). Co ciekawe do kolacji zasiada się tu dość późno, między 19 a 21, a że je się tu powoli, celebrując posiłek i gorliwie przy nim dyskutując, wszystko przeciąga się nierzadko do północy. Nie wiem, jak oni to robią, że są w stanie od rana być na nogach, bo ja po jednej takiej ,,kolacji” odsypiam co najmniej do południa.

image 3