Menu
A+ A A-

Chociaż Rzym jest piękny, to jak większość turystycznych miast, jest również wyczerpujący. Trzy dni w Wiecznym Mieście i czułam się jak po wykarczowaniu syberyjskiego lasu nożem obiadowym. Godziny bezustannego zwiedzania, kilometrowe kolejki i rzesze turystów (aż strach pomyśleć co się tam dzieje w sezonie). Nie wspomnę już o setkach imigrantów, świecie przekonanych, że po kilkugodzinnej tułaczce z dziesięciokilogramowym plecakiem, nie marzysz o niczym innym, jak o zakupie kolejnego selfie-sticka bądź różańca (swoją drogą ciekawe połączenie). Nie ma się więc co dziwić, że pod koniec dnia, z granic obłędu do porządku przywoływało mnie dopiero oddalone o godzinę drogi Bracciano. To urocze miasteczko, z jeziorem większym niż ono samo, urzekło mnie swoją prostotą  i spokojem, o których w Rzymie mogłam jedynie pomarzyć. Jak głoszą tamtejsze legendy, zamek na wzgórzu wciąż zamieszkuje (wiekowa i niezbyt urodziwa) księżniczka. I chociaż brał tam ślub sam Tom Cruise, to ona się już raczej księcia nie doczeka. Tak więc Rzym Rzymem, ale choć wrzuciłam centa do Fontanny di Trevi, to w głębi serca mam nadzieję, że pewnego dnia wrócę by znów zobaczyć nie Rzym, lecz Bracciano.

image 4

image 5