Menu
A+ A A-

Pomimo chorobliwie pozytywnego nastawienia otaczających mnie zewsząd rodowitych Włochów, nawet tutaj dopada mnie czasem gorszy dzień. Gorszy, czyli taki, gdy mimo wyłącznego (oczywiście) ogrzewania, w mieszkaniu jest całkiem ciepło (obeszło się bez drugiej bluzy), a śniadanie świetnie smakuje. Gorszy, to znaczy taki, gdy wychodzę z domu z pozytywnym nastawieniem, szczerze zaskoczona, iż mimo, że jest połowa grudnia, nieśmiałe słońce wychyla się zza puszystych chmur już o 8 rano. Z uśmiechem na ustach dziękuję więc Bogu, że zlitował się dziś nad moimi odmrożeniami i ruszam podbić świat (tzn. na spacer). Gorszy dzień to taki kiedy wracam po godzinie spędzonej w ulubionym parku, bo w poniedziałkowy poranek nie mam już zajęć. Gorszy, czyli taki, kiedy biorę się za pisanie pracy zaliczeniowej bo mam całe przedpołudnie do wykorzystania i nigdzie mi się nie spieszy. Gorszy to taki, gdy podczas nauki, gdzieś między tabelką z Funduszami Europejskimi, a wykresem dotyczącym PKB w Czechach, zaczynam odczuwać coś na kształt swędzącej myśli w samym środku mojej głowy i już wiem, że coś jest nie tak. Nie wiem jeszcze tylko co, ale na pewno nie jest to fakt, że nie mogę odnaleźć strony z której brałam materiały (do tego jestem już przyzwyczajona). Po spojrzeniu na zegar w rogu ekranu utwierdzam się w przekonaniu, że mam jeszcze pół godziny zanim będę musiała się zbierać na zajęcia. Z narastającą paniką zastanawiam się, o co może więc chodzić. I wtedy już wiem. Na myśl nasuwają mi się wszystkie nieocenzurowane słowa, zarówno w języku polskim, angielskim jak i włoskim, a na końcu każdego z wyszukanych epitetów jest tylko jedno słowo: pranie. Pranie, które w przypływie dobrego humoru nastawiłam przed wyjściem rano z domu, a które już dawno powinno być powieszone. Nic, myślę sobie, mam jeszcze czas. Wpadam do łazienki i nie zważając na złowieszczo migające na pralce lampki, szarpnięciem próbuję otworzyć drzwiczki. I nic. Biorę głęboki oddech, liczę do dwóch (przyznaję, że nie jestem zbyt cierpliwa) i próbuję ponownie. Znowu nic. Wówczas migające lampki nie wydają mi się już tak nieznaczące. Ze świadomością, że mój czas oraz resztki cierpliwości dość szybko się kończą, przetrząsam wszystkie szuflady w poszukiwaniu instrukcji obsługi (oczywiście była w ostatniej, którą sprawdziłam). Nie zrażam się tym, że jest po włosku (byłam naprawdę zdesperowana, po przewertowaniu połowy zorientowałam się, że na końcu jest angielska wersja) i poszukuję znaczenia tajemniczych lampek, jak gdyby chodziło co najmniej o odkrycie sensu istnienia. Niestety: ,,Udaj się do najbliższego serwisu" nie brzmiało zbyt pocieszająco. Zrozpaczona postanowiłam za wszelką cenę uwolnić moje ubrania z diabelskiej maszyny i po raz kolejny szarpnęłam za drzwiczki, które otworzyły się z cichym plaśnięciem. Sukces był połowiczny - pralka nie odwirowała całej wody więc moje biedne skarpetki pływały w małym, pralkowym bajorku. Zaczęłam wyciskać je kolejno pod prysznicem, z narastającą złością  myśląc o tym, że prawdopodobnie odpuszczę sobie dzisiejsze zajęcia. Gdy w końcu skończyłam i powiesiłam ubrania na (zepsutej) suszarce, pod spodem utworzyła się kałuża wody (po raz pierwszy szczerze cieszyłam się, że w całym mieszkaniu mam kafelki). Przejechałam po niej mopem ze świadomością, że na niewiele się to zda i spóźniona ruszyłam na uczelnię. Wpadłam do klasy 25 minut po rozpoczęciu zajęć, by zobaczyć, że na pewno nie jest to socjologia zdrowia. Już wściekła, otworzyłam tablet by sprawdzić, gdzie, o ile w ogóle, są moje zajęcia. Były. W innym budynku. Po 5 minutach biegu dotarłam na właściwe miejsce tylko po to, by przekonać się, że wykładowca nie przyszedł. Usiadłam na ławce, wzięłam do ręki długopis i kartkę i zaczęłam pisać: ,, Gorszy dzień to taki...".

image 7