Menu
A+ A A-

,,U ciebie to tam musi być gorąco, a u nas zima”, ,,Zazdroszczę Ci słońca”, ,,Ciepło tam pewnie masz”... Ogłaszam wszem i wobec: Forli to nie Sahara! Może i jest tu 30°, ale w SIERPNIU nie w GRUDNIU! Wiem, że niektórym trudno będzie w to uwierzyć, ale naprawdę nie spędzam każdego dnia na plaży w Rimini, popijając koktajle z różową słomką i – obowiązkowo – parasolką, niecierpliwie wyczekując, kiedy nadejdzie czas, by przewrócić się na drugi bok. Nad morzem byłam raz, pod koniec września i – z ręką na sercu – od tamtej pory moje bikini i szorty leżą nietknięte na dnie szafy. By być bardziej precyzyjną, niezbędne okazało się przesłanie mi zimowej kurtki, kupienie piżamy zakrywającej więcej niż tylko tzw. ,,strategiczne miejsca” oraz – niejednokrotnie – zakładanie więcej niż jednej pary skarpet. No cóż, nie ukrywajmy, Północne Włochy to już nie Toskania, nad czym niezmiernie ubolewam, zwłaszcza oczekując na rachunek za ogrzewanie. Bo gdy masz całe mieszkanie wyłożone kafelkami, to oznacza wybór między śmiercią głodową a odmrożeniem kończyn dolnych. Nie żartuję. Moja współlokatorka chodzi po domu w zimowych butach i szaliku (z tego powodu nigdy nie jestem pewna czy właśnie przyszła, wychodzi, czy tylko próbuje przetrwać). Tak czy inaczej, mimo że nie ma (jeszcze) śniegu, to bez ciepłej czapki i parasola się we Włoszech nie obejdziesz. image 8