Menu
A+ A A-

Chociaż, jak niedawno wspomniałam, słoneczna Italia (niemile) zaskoczyła mnie swoimi mrozami, to muszę przyznać, że widok białych, zdeformowanych gradowo-śniegowych kulek, wprawił mnie niemal w osłupienie. Koniec końców jednak, mimo przeraźliwego widoku musiałam się ruszyć, bo stojąc jak idiotka na środku ciasnej, włoskiej uliczki – gdzie ,,chodnik" to biała linia w odległości pół metra od ściany, gęsto zastawiona drogimi samochodami – narażałam się na stratowanie przez a) zmierzających na poranną kawę przechodniów, b) prowadzone przez nadpobudliwych Włochów auta bądź rowery, lub też c) autobusy, których obecność na szerokiej na cztery metry ulicy zadziwia mnie odkąd przyjechałam. Na szczęście ,,prawdziwa zima" trwała jakieś trzy godziny i mimo że dzień był mroźny i pochmurny, po śniegu zostały tylko pojedyncze brudnoszare placki na chodniku. Co prawda miałam nadzieję, że z powodu znacznego spadku temperatury (musiało być pewnie z -3°!!!) odwołają sesję i ogłoszą stan wyjątkowy, zmuszając ludzi do odkurzenia schronów i zakupu zapasów tuńczyka i fasoli w puszkach. Nic takiego się jednak nie stało. Następnego dnia zza chmur znów wyszło słońce i wszystko wróciło do normy. W razie czego jednak, własne zapasy fasolki uzupełniłam. Bo gdy inni jedynie dmuchają na zimne, ja włączam wentylator.

image 10