Menu
A+ A A-

Czy zdanie: ,,Śmierć głodowa we Włoszech” brzmi dla Was paradoksalnie? Dla mnie było tak aż do czasu, gdy próbowałyśmy zjeść na mieście obiad w godzinach popołudniowej sjesty. Wydawało mi się czymś oczywistym, że kiedy jesteś głodny, to zawsze znajdziesz otwartą restaurację czy knajpę, zwłaszcza, gdy znajdujesz się w jednym z najbardziej obleganych przez turystów miast – Florencji. Widocznie jednak to, co dla takiego środkowoeuropejskiego mieszczucha jak ja jest normalne, niekoniecznie będzie takie dla mieszkańca stolicy Toskanii. I tak, jak żaden z nich nie ma zamiaru rezygnować z zamykania swojego lokalu punkt 14:00, tak ja nie miałam zamiaru ustępować i zasiadać do obiadu godzinę czy półtorej wcześniej. Nawet jeśli tak drastyczna decyzja wiązała się z tym, że na pastę mogę liczyć dopiero wieczorem. Zasady to zasady.

Postawiłam więc sobie za punkt honoru, że coś znajdę. Każdy lokal, który jakimś cudem był otwarty, właśnie skończył serwować lunch i mogłyśmy liczyć tylko na deser i kawę. Czułam się jak w McDonaldzie, gdy masz ochotę na soczystego McRoyala, a okazuje się, że załapałeś się jeszcze na ofertę śniadaniową i do wyboru masz tylko rozmokłe tosty z jajkiem lub szynką. W końcu, trafiłyśmy do pizzerii, w której zgromadzili się chyba wszyscy turyści, którzy tak jak my przegapili porę obiadu, zbyt długo wpatrując się w widok z placu Michała Anioła. Zmęczone, głodne i złe, przysiadłyśmy się do w połowie zapełnionego stolika. Czekając na własne margharity umilałyśmy sobie czas butelką regionalnego wina i gdy w końcu pierwsza pizza pojawiła się na naszym stole, byłyśmy już w zdecydowanie lepszych nastrojach. Jak powiedział Cezar: veni, vidi, vici. Makaron zjadłyśmy na kolację.

 

image 11