Menu
A+ A A-

Na rogu Corso Diaz i via Bella znajduje się mały sklepik. Przy oknie siedzi mniej więcej siedemdziesięcioletni mężczyzna. Oczy ma przymknięte, jak gdyby spał. Choć głowę opera o szybę, widok toczącego się tuż obok życia w ogóle go nie interesuje. Jest zamknięty w swoim własnym świecie, niedostępnym dla nas, postronnych obserwatorów. Być może wspomina upalne, włoskie popołudnie, które dawno temu spędził z ukochaną kobietą. Obok niego, na sklepowej ladzie, stoi stara kasa fiskalna, a dalej, w trzydziestocentymetrowych odstępach, równo poukładane salami, mortadela i prosciutto. Jest tam również waga szalkowa i odważniki, które z pewnością pamiętają lepsze czasy. Gdy otwierasz drzwi, cichy dzwonek oznajmia przybycie klienta. Wewnątrz słychać muzykę, jakieś stare włoskie melodie. Starszy pan powoli otwiera oczy i uśmiecha się, gdy nieśmiało mamroczesz ,,buongiorno" i prosisz o kilka plasterków najlepszej szynki, jaką można dostać w mieście. Po twoim wyjściu, wraca na swoje miejsce przy witrynie i ponownie zamyka oczy, jak gdyby wcale się stamtąd nie ruszał. Choć nigdy go na tym nie przyłapałam, to jestem pewna, że gdy tylko kościelny dzwon wybija dwunastą, mężczyzna leniwie unosi powieki, wstaje i zamyka swój sklep, by w pobliskiej kawiarni wypić espresso i poczytać kupioną w kiosku gazetę. A po skończonej pracy, wraca spokojnie do domu i szczęśliwy kładzie się spać, dziękując w duchu za kolejny dobry dzień.

image 12