Menu
A+ A A-

Gdybym mogła cofnąć czas i wrócić do momentu, w którym pomysł o wyjeździe na Erazmusa zrodził się w mojej głowie… Choć od tamtej pory minął już rok, a ilość popełnionych przy tej okazji błędów przekroczyła chyba liczbę dni spędzonych we Włoszech, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że każda z tych (licznych) porażek czegoś mnie nauczyła. Poczynając od wyboru kraju, na życie w którym nie było mnie stać, poprzez wybór mieszkania, na które NA PEWNO nie było mnie stać (czy tylko ja uważam, że angielskie słówka included i EXcluded są do siebie zbyt podobne? Szczególnie, gdy odnoszą się do informacji o rachunkach…). Następnie umieszczenie w programie nauczania przedmiotów, których zaliczenie bez udziału Boskiej ingerencji nie jest możliwe, nieprzewidziane wydatki (głównie cappuccino, wino, ser, owoce i jeszcze raz SER – musicie spróbować gorgonzoli z mascarpone!), a na wyborze na wyjazd ostatniego roku studiów kończąc (błagam, nie pytajcie o mój licencjat). Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, mogłabym trochę pozmieniać, ale czy warto? Marzyłam o zobaczeniu Włoch i udało mi się zwiedzić więcej niż przypuszczałam. Drogie mieszkanie? Musielibyście zobaczyć moich sąsiadów – rasowi Włosi – żałuję, że pralka zepsuła się tylko raz. Mój Learning Agreement? Porażka, przyznaję, ale przywrócił mi wiarę w Boże Miłosierdzie – zdałam. Być może, z kilku zakupów mogłabym zrezygnować, ale koniec końców nie odłożyłabym na półkę ani jednego kawałka parmezanu czy grogonzoli. Nie zrezygnowałabym z nawet najdroższej butelki wina, czy z najmniej udanej wycieczki. Jeszcze raz poszła bym do każdej z odwiedzonych kawiarni, spędzając czas na rozmowach z przyjaciółmi nad filiżanką gorącego cappuccino. Praca licencjacka? Zabiorę się za nią po powrocie do Polski. Dam radę, a tymczasem będę rozkoszować się ostatnim tygodniem w nie tak słonecznej, ale pachnącej już wiosną Italii.

image 13