Menu
A+ A A-

Mam na sobie elegancki, dopasowany kostium. Biała bluzka, granatowa sięgająca kolan spódnica i marynarka od kompletu. Czarne szpilki. Na ustach czerwona szminka, podkreślająca olśniewający, śnieżnobiały uśmiech, roztaczający aurę profesjonalizmu i opanowania. Ja, ostoja dusz zagubionych w niebieskich przestworzach, ratunek dla przerażonych wizją lotu pasażerów. Mój perlisty śmiech odbija się od ścian kabiny samolotu, gdy odbijamy się od ziemi. On, seksowny niczym wyższa wersja Toma Cruise’a w Top Gunie. Podczas gdy Pan Seksowny Pilot uruchamia autopilota, ja, z niczym niezmąconą pewnością siebie, pchnięciem stopy zamykam drzwi kokpitu, jednocześnie rozwiązując jaskrawoczerwoną atłasową apaszkę, która mam zawiązana pod szyją i...

Nic tak nie sprowadza człowieka na ziemię jak konfrontacja marzeń z rzeczywistością. Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem. I teraz już wiem dlaczego. Jakieś 50 kilogramów upchanego do granic możliwości bagażu, który trzeba było taszczyć z Forli do Bolonii, tam z centrum miasta na lotnisko, przez odprawę, gdzie wyrzucili moje bazyliowe, warte 2,29€ pesto (Zabrać kobiecie jedzenie!? Facet z kontroli jeszcze nie wie, na co się naraża. Wiem gdzie mieszka, już długo nie pożyje), samolotem do Krakowa, znów z lotniska do centrum, stamtąd Polskim Busem do Rzeszowa (śmierdziało w nim potem i skarpetkami, lub, jak kto woli, spoconymi skarpetkami) i w końcu do domu. W skrócie, 11 godzin w podróży po których byłam tak pełna życia jak dwudniowe zwłoki. Natomiast sam premierowy lot podsumować można jako pierwsze trzy miesiące ciąży skumulowane w niespełna dwóch godzinach spędzonych w powietrzu. Nie wiem, kto wymyślił termin ,,choroba morska”, ale najwidoczniej nigdy nie leciał samolotem, bo mdłości wywołane bujaniem fal to nic w porównaniu z odbijaniem się od ziemi. Tak więc snucie planów o karierze stewardessy zakończyło się wraz z momentem, w którym samolot oderwał się od pasa startowego. Po trzech minutach lotu, trzęsącymi się rękoma wyciągałam z torby aviomarin, a resztę podróży spędziłam siedząc z głową między kolanami. Mdliło mnie przez resztę dnia. Mój powrót przypadł akurat na tłusty czwartek i wszędzie aż roiło się od ludzi opychających się paczkami z biedronki, a jedyne co ja byłam wstanie w siebie wcisnąć, to krakowski obwarzanek i fasolowa zupa mojej babci. Nie żebym narzekała. Prosciutto? Ravioli? Wszystko super, ale powiedzmy sobie szczerze, koniec końców i tak wszyscy czekamy na rosół i pierogi.

image 14