Menu
A+ A A-

Sprawdziłam w Wikipedii, według tego wszechwiedzącego źródła (depczącego po piętach Google’om), pod pojęciem szoku kulturowego rozumie się ,,sytuację, w której osoba wywodząca się z pewnego kręgu kulturowego konfrontuje się z przedstawicielem innej kultury”. Jeśli ktoś zna mnie wystarczająco dobrze, lub (w przeciwieństwie do mnie) zna znaczenie pojęć, których używam, łatwo może się zorientować, że często korzystam z wyrazów, których rzeczywistego sensu nie jestem pewna, bądź też nie mam zielonego pojęcia co tak naprawdę oznaczają, ale – w mojej opinii – dobrze brzmią. Nie żebym się tym szczególnie przejmowała, według mnie język powinien być bardziej elastyczny. Dlatego też, od dziś nieoficjalnie zmieniam ogólnie przyjętą definicję ,,szoku kulturowego”, gdyż ów szok przeżyłam nie zderzając się z osobą z innej kultury, ale wręcz przeciwnie, powracając po niemal półrocznej nieobecności do kraju, w którym urodziłam się, wychowałam i żyłam przez ponad dwadzieścia lat. Do kraju mlekiem i miodem płynącego, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie na rachunki nie starczy i wypłata cała, gdzie smog nad Wawelem wciąż nowy powstaje i mieszkańców otacza niczym gronostaje…
Lądując nad Krakowem zerkam za okno – szaro. I na pewno nie był to skutek lutowej pogody. Myślę sobie, Klara, nie bądź zbyt krytyczna, pomyśl o Bieszczadach, o morzu (z glonami, ale jednak), o górach… dobra. Wysiadam, by przesiąść się do podniszczonego, rozklekotanego, jadącego do centrum pociągu, gdzie jakość powietrza można porównać do spalin z rury wydechowej piętnastoletniego trabanta. Wszędzie walają się śmieci i psie (mam nadzieję) kupy, wyłaniające się spod szarawej brei roztapiającego się śniegu. Współczesne przebiśniegi. Wszystko we mnie krzyczy: ,,Wracaj do Italii!”, ale zaciskam zęby i brnę dalej. Wytrzymam, myślę, przecież nie może być aż tak źle. Ale gdy wchodzę do starej, dobrej biedronki, przelewa się czara goryczy. Jak to, do cholery (wybaczcie mój język, ale są sprawy, które należy podkreślić odpowiednimi epitetami) możliwe, że w ciągu tych pięciu miesięcy CENY WZROSŁY NIEMAL DWUKROTNIE??? Cukinia 9,99zł za kilo i to jest PROMOCJA??? I to podobno ja mam problem z definicjami! A jajka? Masło?? Czy nędzne ochłapy pozostałe na moim koncie bankowym mam przeznaczyć na zakup trumny i miejsca na cmentarzu? O Boże, myślę, ludzkość czeka zagłada! Niechybna śmierć! A odpowiedzialnych za to – wieczne potępienie. I przyznaję, w swej głupocie myślałam, że winna jest tu lokalizacja, w końcu było to w centrum Krakowa, ale nie. Ta plaga rozprzestrzeniła się wzdłuż i wszerz całego kraju, a jej oślizgłe, lepkie macki nie oszczędziły także mojego biednego Rzeszowa. Gdzie te czasy, gdy za jajko niespodziankę płaciło się 2,20, a obwarzanki były po 80 groszy? Bilety po 1,20? Lay’s po złotówce? Świat schodzi na psy, a my, niczym owce prowadzone na rzeź, w niemym buncie kroczymy wraz z nim. I w tych mrocznych czasach pociesza mnie tylko myśl, że tutaj TESCO otwarte jest 24h na dobę, w domu temperaturę na plusie, a ceny, choć dramatycznie wysokie, jeszcze nie są w euro. Witaj w domu!