Menu
A+ A A-

Mija tydzień, a ja nadal myślami jestem przy Orkiestrze. 25 lat Orkiestrowego grania, jubileuszowy finał za nami. Było jak zawsze, pięknie, solidarnie, kolorowo, radośnie ale i wzruszająco. Bo nie może być inaczej kiedy coraz więcej opowiadanych w mediach historii jak to Orkiestra zmieniła czyjeś życie, uratowała zdrowie, pozwoliła na powrót do aktywnego życia poza murami szpitala. Takich historii jest mnóstwo. Jest też sporo takich jak moja.

Orkiestra nie przyczyniła się w sposób dosłowny do uratowania mi zdrowia czy życia. Byłam dzieckiem, leczonym w klinice dla dorosłych gdzie takiego sprzętu nie było - tak wyszło. Ale Orkiestra mnie zmieniła, ocaliła, ukształtowała. Pewnie byłabym bez Orkiestry ale kim?

Orkiestrze zawdzięczam tak wiele, że nie zmieści się to ani w tym ani w setce innych felietonów. Orkiestrze, Jurkowi Owsiakowi zawdzięczam wszystko – zawdzięczam to jakim człowiekiem jestem, czym się kieruję, co wypełnia mój czas..

Jako mała dziewczynka nie mogłam z powodów zdrowotnych dołączyć do Orkiestrowego grania choć szybko zaczęłam o tym marzyć. Pamiętam jeszcze te pierwsze Finały, które Jurek zapowiadał w swoich telewizyjnych programach z Agatą Młynarską. Choć nie wiem czy pamiętam sam pierwszy finał, bo kilka pierwszych są dla mnie całością, jednym wielkim dziecięcym wspomnieniem i marzeniem, że „kiedyś tam będę”.

Do Orkiestry dołączyłam przy 13 Finale, który dla mnie wcale nie był pechowy. Już wtedy poczułam bakcyla, dowiedziałam się dlaczego tak naprawdę warto i co czują Ci wszyscy ludzie z puszkami, a czują przede wszystkim przynależność, solidarność i wielką radość. Wtedy dokładnie to czułam. I nie pamiętam przejmującego zimna, choć wiem że to był zimny Finał, pamiętam spotkanych ludzi, ich uśmiechy i parę, która zdecydowała się wrzucić do puszki pierścionek zaręczynowy…

Od tamtego Finału grałam z Orkiestrą już zawsze, czasem bardziej, innym razem nieco mniej ale zawsze. W tym i poprzednim roku zbierałam i uczestniczyłam w Finale w samym sercu wydarzeń, w stolicy naszego kraju. Dlaczego tam? Nie dlatego, że tam jest lepiej, bardziej kolorowo, tam umawiam się ze swoimi przyjaciółmi z różnych części kraju, z którymi za kilka miesięcy rozbijemy namioty na Woodstocku.

Zbierałam pieniądze do puszki przez cały dzień i nawet pobiłam swój rekord. Na szczęście wielu z nas pobiło rekordy, co wróży ogromny sukces.

Sukces już jest bo jest zawsze kiedy się udaje, a od 25 lat dokładnie tak jest, ale jest większy kiedy jest więcej pieniędzy bo one przekładają się na jeszcze więcej medycznego sprzętu, a ten z tego finału trafi na oddziały ogólno-pediatryczne i geriatryczne. I z tego powodu sukces finansowy cieszy.

Nie wiem czy jest ktoś, kto popiera Orkiestrę, a kogo trzeba przekonywać do tego aby zagrał z Nią. Bo owszem, to styczeń i zimno i często Orkiestra gra w czasie sesji ale żadna 5 z egzaminu nie da takiej satysfakcji jak finał z Orkiestrą. Żadna pochwała egzaminatora nie dorówna, świadomości tego w czym się uczestniczyło i do czego się przyczyniło. Nic nie zagrzeje serca tak bardzo jak poczucie jedności, solidarności z każdym mijanym wolontariuszem. Nic, na pewno nie zrekompensuje uczucia, kiedy za kilka lat będziemy stali nad swoimi maleńkimi dziećmi ze świadomością, że ich maleńkie uszy zostały przebadane przez Orkiestrowy sprzęt, albo że z kłopotów pozwolił nam wybrnąć aparat z czerwonym serduszkiem.

A jeśli z jakiegoś powodu czujesz się nie przekonany co do słuszności akcji to po prostu idź na oddział dziecięcy, rozejrzyj się, popytaj – bardzo możliwe, że w Twoim otoczeniu jest ktoś kto by nie istniał gdyby nie ta wspaniała akcja.