Menu
A+ A A-

Ubrana w słowa

W Feniksie jestem od pięciu lat i choć brzmi to jak wstęp na spotkaniu AA, to właściwie moją działalność radiową można nazwać uzależnieniem, bo wciąż nie przyznaję się do tego, że jestem dziennikarką (bo nie jestem – Widzicie? Typowe zaprzeczenie!). Skoro już ustaliliśmy, że jestem tu przez przypadek, możemy przejść do faktów. A fakty są takie, że…

klara1

Święta to dziwny czas

  • Klara Łukasiewicz

Jedzenia jest za dużo, a na dobrą sprawę dla ludzi wybrednych (jak ja) i tak nie ma co jeść. Nie jestem fanką pierogów, karp smakuje mułem z jeziora, do którego nie weszła bym nawet, gdyby mi za to płacono, a kompot z suszek – jakbym próbowała zjeść gruszkę, stojąc pod rurą wydechową starego Fiata. Tego nie da się lubić, chyba, że w wypisie od psychiatry masz czarno na żółtym: ,,masochista”. Spędzasz zbyt długi wieczór przy stole, wiedząc, że kolejnego dnia zacznie się maraton odwiedzania ciotek, wujków i reszty rodziny, a niekończące się godziny nad wigilijnymi resztkami, przerywane tylko dyżurem przy kuchennym zlewie, wypełniać będą dysputy o polityce, religii i ostatnich pogrzebach wśród krewnych tak dalekich, że nabierasz pewności, że wszyscy pochodzimy od Adama i Ewy. Wodząc nieobecnym wzrokiem od kapusty z grzybami do kutii, przypomnisz sobie o stanie bankowego konta, myśląc, że bożonarodzeniowym cudem było by przetrwanie do stycznia, a nie to, czy twój kot przemówi ludzkim głosem, wypominając ci, jak wystawiłeś (lub -łaś, nie udawajmy, że jesteśmy takie święte) go za drzwi przy -5°. Aż dziw, że na te wątpliwe przyjemności czekamy cały rok, a przygotowania zaczynamy, gdy tylko postawimy ostatni znicz na Zaduszki.

Dlatego, byś w tym roku nie musiał, czy nie musiała uczyć się na własnych błędach (strategia: ,,Może tym razem będzie inaczej” nie sprawdza się w praktyce, przypomnij sobie ostatnie Boże Narodzenie), mam dla ciebie kilka przedświątecznych rad:

1. Jeśli nie jest już na to za późno, przelej choć część dochodu na konto oszczędnościowe, żeby nie okazało się, że na Sylwestra musisz jeść resztki z Wigilii, które w międzyczasie zdążyły się rozwinąć na tyle, że to one mogłyby zjeść ciebie.

2. Naprawdę NIE potrzebujesz kolejnego plastikowego Mikołaja/bałwanka/aniołka śpiewającego Last Christmas i chwiejącego się przy tym, jakby czekał gdzieś pod koniec półkilometrowej kolejki do przenośnej toalety na kulturaliach (choć na plus trzeba liczyć, jeśli ktoś faktycznie czeka).

3. Wprowadzona w czyn myśl: ,,Jeszcze zmieszczę tego śledzia” może skończyć się z głową nad muszlą, z której definitywnie nie słychać szumu morza.

4. I najważniejsze: Wyluzuj. Ciesz się atmosferą, jakakolwiek by nie była. Przyznajmy szczerze, na co dzień brakuje nam czasu, żeby usiąść przy herbacie i posłuchać historii wujka Zbyszka o tym, jak koledzy w wojsku sikali pod prysznicem (tak jakby sam tego nie robił), opowieści babci o tym, jak poznała się z dziadkiem i jak później odbiła go tej głupiej Baśce, co w końcu wyszła za komornika. To niepowtarzalna okazja, by uśmiechnąć się złowieszczo do najmłodszych członków rodziny, którzy, czekając na otwarcie prezentów, z niecierpliwością i nienawiścią w oczach śledzą powolny ruch widelca, którym wkładamy do ust trzecią porcję sernika. Rodzinę mamy jedną i bez względu na to, jak denerwujący są jej członkowie, święta to czas, w którym możemy się trochę poświęcić i pozwolić im jeszcze nas zaskoczyć.

klara3

Całe życie pod górę

  • Klara Łukasiewicz

Jako dziecko uwielbiałam zimę, zresztą, jak chyba wszystkie osoby poniżej dziesiątego roku życia. Ta chora fascynacja minusowymi temperaturami i monotonną kolorystyką świata jest chyba jedną z tajemnic naszego gatunku. Ja jednak miałam ku temu szczególny powód –urodziny wypadające pod koniec listopada, którym towarzyszyło wyczekiwanie charakterystyczne dla tych, którzy mówią jeszcze o rośnięciu czy dojrzewaniu, a nie o starzeniu się. Tego dnia, gdy tylko otwierałam oczy, rzucałam się w dół po drabinie piętrowego łóżka, którego drugą połowę zajmował mój starszy brat, by wyjrzeć przez okno z nadzieją, że znajdę tam pierwsze płatki śniegu pokrywające plac za blokiem. Zdarzyło się to tylko raz, ale dla dziecka to było jak spełnienie marzeń. Jakby Bóg specjalnie na moją cześć oprószył świat białym konfetti. Teraz patrzę na nędzne płaty śniegu, przybrudzonego spalinami i/lub zabarwionego na jaskrawożółty kolor. Taka dygresja. Ale wróćmy do nieco przyjemniejszych wspomnień:

Pamiętam sanki. Krótkie, pełne emocji i dziecięcego zachwytu zjazdy, po których następowało mozolne wdrapywanie się na ogromną górę, o którą dziś mogłyby toczyć się akademickie dysputy, czy bardziej zasadne jest nazwać ją ,,górką” czy ,,wzniesieniem”. Wtedy to wydawało się bez znaczenia, bo świat był wielki i pełen tajemnic. Kiedy nogi odmawiały nam posłuszeństwa, przekonywaliśmy tatę, by na sankach taszczył nas na szczyt. Pamiętam też ślizganie się po zamarzniętym jeziorze, które raz zakończyło się w lodowatej wodzie. Gdy przemoczeni i wychłodzeni dotarliśmy do domu babci, dostaliśmy kubki gorącego kakao i koc elektryczny, a resztę dnia spędziliśmy oglądając, chyba po raz setny, ,,Króla lwa” i ,,Maskę” na video.

Kiedy podrosłam, zima stała się dla mnie symbolem mijających lat. Przeszywający mróz przedzierał się przez wszystkie warstwy, które dałam radę na siebie wcisnąć, sprawiając, że wychodząc z domu marzyłam jedynie o tym, by cudem przetransportować się do zamierzonego punktu B. Miałam wrażenie, że zamiast w okres dojrzewania, weszłam prosto w menopauzę. Nie chcę wskazywać palcem, ale za takim stanem rzeczy (lub, jak wolicie, mojego umysłu) mogła stać niezrozumiała dziś dla mnie moda na łączenie spodni-biodrówek z kurtkami ledwie zasłaniającymi pępek. Taki odpowiednik dzisiejszych gołych kostek z roku 2006.

Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać drobiazgi, które wcześniej uparcie ignorowałam, chcąc widzieć świat brzydkim i pustym (jak mają w zwyczaju dorastające dziewczęta). Po raz pierwszy naprawdę zobaczyłam zimowe słońce, które niemal białym, ostrym światłem odbijało się od pokrywającego ziemię śniegu. Zaróżowione policzki bliskiej osoby. Poczułam ciepłą wełnę niebieskiego swetra otulającą moje ciało. Smak gorącego cappuccino z ulubionej kawiarni i ciepło rozchodzące się wraz z każdym łykiem zimowej herbaty. Zapach pieczonych pierników i cynamonowych bułeczek z mijanej po drodze cukierni, choć nigdy nie odważyłam się ich spróbować. Wsłuchałam się w puszczane bez końca świąteczne składaki i przekazywane mi życzenia. Zaczęłam doceniać długie zimowe noce, pozwalające odespać te, które przetańczyłam latem. I cenić czas spędzany z rodziną, kiedy mróz powstrzymuje od wyjścia z domu. Wieczory z książką w ręku, które w końcu zmieniają się w rutynę, pozwalając na chwilę zapomnieć, że wraz z nadejściem wiosny wszystko się zmieni. Tak jak zmieniamy się my.

klara2