Menu
A+ A A-

Jako dziecko uwielbiałam zimę, zresztą, jak chyba wszystkie osoby poniżej dziesiątego roku życia. Ta chora fascynacja minusowymi temperaturami i monotonną kolorystyką świata jest chyba jedną z tajemnic naszego gatunku. Ja jednak miałam ku temu szczególny powód –urodziny wypadające pod koniec listopada, którym towarzyszyło wyczekiwanie charakterystyczne dla tych, którzy mówią jeszcze o rośnięciu czy dojrzewaniu, a nie o starzeniu się. Tego dnia, gdy tylko otwierałam oczy, rzucałam się w dół po drabinie piętrowego łóżka, którego drugą połowę zajmował mój starszy brat, by wyjrzeć przez okno z nadzieją, że znajdę tam pierwsze płatki śniegu pokrywające plac za blokiem. Zdarzyło się to tylko raz, ale dla dziecka to było jak spełnienie marzeń. Jakby Bóg specjalnie na moją cześć oprószył świat białym konfetti. Teraz patrzę na nędzne płaty śniegu, przybrudzonego spalinami i/lub zabarwionego na jaskrawożółty kolor. Taka dygresja. Ale wróćmy do nieco przyjemniejszych wspomnień:

Pamiętam sanki. Krótkie, pełne emocji i dziecięcego zachwytu zjazdy, po których następowało mozolne wdrapywanie się na ogromną górę, o którą dziś mogłyby toczyć się akademickie dysputy, czy bardziej zasadne jest nazwać ją ,,górką” czy ,,wzniesieniem”. Wtedy to wydawało się bez znaczenia, bo świat był wielki i pełen tajemnic. Kiedy nogi odmawiały nam posłuszeństwa, przekonywaliśmy tatę, by na sankach taszczył nas na szczyt. Pamiętam też ślizganie się po zamarzniętym jeziorze, które raz zakończyło się w lodowatej wodzie. Gdy przemoczeni i wychłodzeni dotarliśmy do domu babci, dostaliśmy kubki gorącego kakao i koc elektryczny, a resztę dnia spędziliśmy oglądając, chyba po raz setny, ,,Króla lwa” i ,,Maskę” na video.

Kiedy podrosłam, zima stała się dla mnie symbolem mijających lat. Przeszywający mróz przedzierał się przez wszystkie warstwy, które dałam radę na siebie wcisnąć, sprawiając, że wychodząc z domu marzyłam jedynie o tym, by cudem przetransportować się do zamierzonego punktu B. Miałam wrażenie, że zamiast w okres dojrzewania, weszłam prosto w menopauzę. Nie chcę wskazywać palcem, ale za takim stanem rzeczy (lub, jak wolicie, mojego umysłu) mogła stać niezrozumiała dziś dla mnie moda na łączenie spodni-biodrówek z kurtkami ledwie zasłaniającymi pępek. Taki odpowiednik dzisiejszych gołych kostek z roku 2006.

Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać drobiazgi, które wcześniej uparcie ignorowałam, chcąc widzieć świat brzydkim i pustym (jak mają w zwyczaju dorastające dziewczęta). Po raz pierwszy naprawdę zobaczyłam zimowe słońce, które niemal białym, ostrym światłem odbijało się od pokrywającego ziemię śniegu. Zaróżowione policzki bliskiej osoby. Poczułam ciepłą wełnę niebieskiego swetra otulającą moje ciało. Smak gorącego cappuccino z ulubionej kawiarni i ciepło rozchodzące się wraz z każdym łykiem zimowej herbaty. Zapach pieczonych pierników i cynamonowych bułeczek z mijanej po drodze cukierni, choć nigdy nie odważyłam się ich spróbować. Wsłuchałam się w puszczane bez końca świąteczne składaki i przekazywane mi życzenia. Zaczęłam doceniać długie zimowe noce, pozwalające odespać te, które przetańczyłam latem. I cenić czas spędzany z rodziną, kiedy mróz powstrzymuje od wyjścia z domu. Wieczory z książką w ręku, które w końcu zmieniają się w rutynę, pozwalając na chwilę zapomnieć, że wraz z nadejściem wiosny wszystko się zmieni. Tak jak zmieniamy się my.

klara2